– Jeśli w jakimś, nawet największym, dramacie mogę dla kogoś coś zrobić, dać jakieś światło nadziei, zapewnić o modlitwie, to daje mi wielką siłę i niesamowitą radość – mówi Krystyna Koniuszewska – żona, mama piątki dzieci (jedno w niebie) i babcia sześciorga wnucząt (jedno w niebie), która prowadzi Stowarzyszenie Ogród Życia pomagające rodzinom z trudną diagnozą prenatalną, wychowującym chore dzieci czy z doświadczeniem poronienia.
Gdzie leżą początki Stowarzyszenia Ogród Życia?
Pomysł na powołanie stowarzyszenia powstał po filmie „Nieplanowane” w 2020 roku. Film opowiada historię Abby Johnson, nawróconej dyrektorki jednego z ośrodków Planned Parenthood, w którym dokonano kilkudziesięciu tysięcy legalnych aborcji. Dla mnie to było gorsze niż Holocaust, gdy patrzyłam na te tysiące zabijanych istnień ludzkich. Zrodziło się pragnienie uratowania choćby jednego dziecka przed aborcją. W kinie byłam z synową. Do założenia stowarzyszenia namówiłam ją, syna i córkę.
Dlaczego ten film i problem aborcji tak bardzo Panią poruszył?
Jestem dzieckiem, które nie powinno pojawić się na świecie. Zostałam poczęta, gdy moja mama była poważnie chora na gruźlicę (pół wieku temu była to choroba śmiertelna), jako jej szóste dziecko. Lekarz postawił jednoznaczną diagnozę: „Ty nie przeżyjesz porodu i z dziecka nic nie będzie, miej na uwadze tych pięcioro, najmłodsze ma dopiero rok”.
Wobec swojej choroby, niedostatku jakiego wtedy doświadczaliśmy, jak i braku wsparcia najbliższych, wręcz wyśmiewano się z głupiej wiejskiej kobiety. Mama podjęła heroiczną walkę o mnie, będąc z tym sama. Do tej pory nie mogę pojąć, skąd miała wówczas tyle sił, gdyż była cichą i uległą kobietą. Doświadczała drwin od bliskiej osoby, która poddała się aborcji, tracąc dwoje dzieci, i tłumaczyła jej, że „przecież to nic takiego” (jednak ta osoba, będąc u progu śmierci, doświadczała ogromnego cierpienia, bo nie mogła się z tym pogodzić i wybaczyć samej sobie). Moja mama urodziła mnie, a po porodzie jej stan zdrowia się poprawił. Żyła jeszcze 33 lata. Była wspaniałą matką.
A we mnie pozostała ta świadomość i wielkie pragnienie, żeby – oprócz zwyczajnego życia – robić jeszcze coś więcej.
To był impuls. Co pozwoliło dojrzewać tej idei?
Podzieliłam się tym pomysłem z ks. Krzysztofem Wonsem SDS – dyrektorem Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, gdzie uczęszczałam na rekolekcje. Gdy o tym usłyszał, stwierdził, że to Boży pomysł i zachęcił, aby za tym iść.
W czasie „czarnych marszów”, przez znajomego bernardyna poznałam o. Leonarda Hryniewskiego OFM – psychologa i psychoterapeutę, który w Kalwarii Zebrzydowskiej nosił się z podobnym pomysłem. Nasza współpraca rozpoczęła się od stworzenia wystawy pro-life w krużgankach klasztoru w Kalwarii. W 2021 roku powstał Dom Życia na Dróżkach Kalwaryjskich

Dom Życia w Kalwarii Zebrzydowskiej
Jak ta pierwsza idea się materializowała?
Ks. Krzysztof dostał dramatyczny list od Agnieszki, której trzecie dziecko, jeszcze w łonie, okazało się bardzo chore. Wiedziałam, że chcę towarzyszyć rodzicom w takich sytuacjach, ponieważ po takiej diagnozie oni często zostają z nią sami. Agnieszka mówiła, że mieli dużo znajomych, ale nagle wszyscy ostrożnie zaczęli się odsuwać. Dziś po prostu towarzyszę jej w tej trudnej sytuacji.
Pani jest inżynierem. Czy do tego nie potrzeba psychologa?
Nawiązałam współpracę ze świetnym psychologiem – Elżbietą Słoniną, która wspiera rodziny od tej profesjonalnej strony.
Z kim Pani jeszcze współpracuje?
Naszą grupę tworzy kilkanaście osób. Spotykamy się raz w miesiącu w Centrum Formacji Duchowej. Często jest z nami ks. Krzysztof Wons. Modlimy się za rodziny w trudnej sytuacji, z którymi mamy osobisty kontakt. Siła modlitwy – dzięki niej dzieją się przepiękne rzeczy.
Wspomniała Pani o Agnieszce i jej dziecku…
U Marysi, jeszcze w łonie mamy, stwierdzono trisomię 21, wadę serca, brak ciałka modzelowatego, wodogłowie. Poród chciano wywoływać już w szóstym miesiącu ciąży. Wodogłowie w czasie prenatalnym zanikło. Marysia została donoszona do wymaganego terminu, pomimo tego rodzice byli zmuszeni do podpisania zgody, że ich dziecko nie będzie reanimowane po porodzie. Okazało się, że to dzieciątko samo zawalczyło o siebie. Marysia urodziła się wprawdzie z zespołem Downa, ale dziś ma trzy latka i choć opieka nad nią jest wymagająca, to jest najukochańszym dzieckiem. Ta rodzina czuje siłę naszej modlitwy i to, że my ich niesiemy.
Podobna historia spotkała Mariannę. Zmarło jej drugie dziecko zarażone bakterią mleka, a przy trzecim zdiagnozowano zespół Downa i szereg chorób. Otoczyliśmy ją modlitwą i życzliwością naszej grupy. Dziecko urodziło się zupełnie zdrowe.
Ewelina trafiła do nas po poronieniu i diagnozie, że nie będzie mogła mieć więcej dzieci. W modlitwę wówczas zaangażowała się jedna z najbardziej sceptycznych naszych koleżanek, nie do końca przekonana o tej duchowej sile. Dziś na świecie jest Oliwier, a jego mama jest przekonana, że począł się i urodził dzięki temu duchowemu wsparciu. Trudno nam to definitywnie stwierdzić. Ufam, że kiedyś się o tym przekonamy…
Ostatnio zgłosiła się do nas babcia – jej córka miała dzieciątko z zespołem Edwardsa. Pierwszy raz usłyszałam wówczas o ginekologu, który w przypadku chorego dziecka nie zalecał aborcji… „Jak dokonasz aborcji, będziesz bardziej cierpieć niż jak urodzisz”. Anielka żyła trzy tygodnie. Rodzina miała okazję ją godnie pożegnać.

Judytka
Czy Stowarzyszenie towarzyszy rodzinom tylko duchowo?
Finansujemy wspomnianą pomoc psychologiczną. Gdy rodzi się dziecko, przygotowujemy prezent w formie rzeczowej lub finansowej. Wyposażyliśmy i opiekujemy się Domem Życia w Kalwarii Zebrzydowskiej.
Skala naszych działań nie jest duża – opiekujemy się średnio 8-10 rodzinami. Otaczamy wsparciem na przykład rodzinę, w której dwóch chłopców ma postępującą mukopolisacharydozę. Jedna z naszych wolontariuszek pomaga w domu tej rodziny albo zabiera dzieci na spacer.
Jesteśmy też gotowi finansować pomoc prawną. Ostatnio spotkałam się z sytuacją niepełnoletniej dziewczyny, która została matką, bardzo poraniona przez życie, przebywa obecnie w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym. Sama będąc adoptowana, po urodzeniu swojego dziecka chciała oddać je do adopcji. Po porodzie uczucia macierzyńskie dały o sobie znać, teraz walczy o swoją córeczkę, chce ją zatrzymać, a nie ma możliwości powrotu do domu rodzinnego.
Inny problem natury prawnej dotyczył Silvii z Ameryki Południowej, która trafiła do Polski przez agencję pracy. Gdy była w ciąży jej mąż zginął tragicznie. Ona w szoku trafiła na oddział psychiatryczny. Nie ma karty pobytu a to jest problem, żeby trafić chociażby do domu samotnej matki. W tej chwili jej sytuacją zajmuje się prawnik Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia. Przekazaliśmy jej dwie torby ubrań ciążowych, bo w swoje się już nie mieści. Zorganizujemy jej wyprawkę dla dziecka.
To wszystko pokazuje jednak bardzo szerokie spektrum działania Stowarzyszenia – od towarzyszenia duchowego, przez pomoc psychologiczną i materialną, po prawną a nawet o charakterze międzynarodowym. Proszę powiedzieć, kiedy spotyka się Pani z mamą czy babcią dziecka z trudną diagnozą prenatalną, to jakie jest ich oczekiwanie, jaka największa potrzeba?
Powiem o pierwszym spotkaniu ze wspomnianą Agnieszką. Pierwotnie nie chciałam się spotykać – myślałam, że ograniczy się to do spotkań z psychologiem. A ks. Krzysztof, do którego zgłosiła się Agnieszka, mówi do mnie, że jestem mamą i babcią z doświadczeniem życiowym, więc nie potrzebuję wykształcenia psychologicznego, żeby porozmawiać z inną kobietą. Przekonał mnie. Z Agnieszką rozmawiało mi się od początku bardzo dobrze. Natomiast jej mąż, biznesmen, z pretensją w głosie wypytywał co ja mogę mu dać – jego dziecko urodzi się chore a on ma już dwójkę dzieci w domu. Wiedziałam, że są otoczeni opieką hospicjum perinatalnego. Nie mogłam zaproponować więcej niż miejsce i możliwość wsparcia w Domu Życia. Poszliśmy wtedy razem na adorację do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Poczułam wówczas przerażającą pustkę. Chciałam zrezygnować, bo byłam przekonana, że nie mam nic, w czym mogłabym im pomóc. Jak bardzo byłam zaskoczona, kiedy później zadzwoniła do mnie Agnieszka i powiedziała, że jej mąż w czasie modlitwy czuł przy sobie obecność anioła, że dałam mu dużo nadziei i światła. Dziś Agnieszka mówi, że nie jestem dla niej instytucją, ale przyjaciółką – mimo różnicy wieku.
Te oczekiwania rodzin są różne. Jedni są wdzięczni, że ma ich kto wysłuchać. Inni potrzebują materialnego wsparcia.

Mikołaj dla podopiecznych Ogrodu Życia
A o co Pani jest bogatsza przez te spotkania?
Zbieram sobie plusy tam, na Górze. Najtrudniejsze są dla mnie sytuacje, w których jestem bezradna, w których mogę tylko wysłuchać. Natomiast, jeśli w jakimś, nawet największym dramacie, mogę dla kogoś coś zrobić, dać jakieś światło nadziei, zapewnić o modlitwie, to daje mi wielką siłę i niesamowitą radość.
Jakie są aktualne potrzeby Stowarzyszenia?
Brakuje nam choćby pokoju w Krakowie, gdzie nasze rodziny mogłyby się spotykać np. z psychologiem. Wynajem gabinetu jest bardzo kosztowny. Byłoby to też miejsce do spotkania, rozmowy, wspólnego wypicia kawy.
Skąd pomysł na nazwę stowarzyszenia – „Ogród Życia”?
Inspiracja przyszła od ks. Krzysztofa, który mówił, że tak jak z grobu łona matki rozkwita ogród życia, tak dzięki naszemu dziełu, wyciągane są kobiety z ich dramatów.
Rozmawiał Przemysław Radzyński
Fot. Archiwum Stowarzyszenia Ogród Życia
Już po rozmowie pani Krystyna dosłała SMS-em dopowiedzenie:
Panie Przemysławie! Najtrudniejsze pytanie jakie usłyszałam od Pana to o to, co ja z tego mam, prowadząc to dzieło. Przyznam, nie zadawałam sobie do tej pory tego pytania, ale nie daje mi teraz spokoju. Pragnienie czegoś więcej niż życia dla siebie, miałam zawsze… jak prosiłam Boga, aby mi pomógł realizować to pragnienie, zachodziłam wówczas w ciążę… przy czwartym dziecku poczułam, że mam się realizować w macierzyństwie… ale to pragnienie znów powróciło i stąd realizuje je poprzez Stowarzyszenie… Ks. Krzysztof Wons wierzy, że Bóg zaszczepił to pragnienie we mnie jeszcze w czasie prenatalnym, gdy moje życie było zagrożone. Ale jedno wiem, że dawanie daje niewspółmierne więcej radości niż branie😊